No i stało się. Prawie wszystkie karaibskie wyspy są pozamykane nie tylko dla samolotów i promów, ale i dla żeglarzy… Na każdej sytuacja wygląda troszeczkę inaczej…

Znajomi na Martynice opowiadają, że nie można się przemieszczać, nie można nawet pływać w odwiedziny do zaprzyjaźnionego jachtu stojącego tuż obok na kotwicy… nie można popłynąć na plażę, ewentualnie wpław dookoła swojego jachtu. W pontonie może być tylko 1 osoba z karteczką pozwalającą na zrobienie np. zakupów w markecie. Policja pilnuje, helikoptery latają i sprawdzają… Wszyscy siedzą na swoich jachtach…

Grenada zamknęła się na kogokolwiek. Jedynie na St. Vincent i Grenadyny – wciąż można się odprawić na wpłynięcie na lokalne wody terytorialne (tylko w wyznaczonych nielicznych miejscach), ale obowiązuje 14-dniowa kwarantanna. Nie można schodzić z jachtu, po zakupy, po wodę, nic. Inne państwa praktycznie są już zamknięte.

Do wczoraj np. można było swobodnie wpłynąć jeszcze na Amerykańskie Wyspy Dziewicze, ale teraz już nie ma takiej opcji. Podobnie stało się z Dominiką i St. Lucią. Puerto Rico, St. Martin też zamknięte, Panama już od jakiegoś czasu… Właściwie nie ma gdzie popłynąć. Najlepiej zostać tam, gdzie się jest i uważać… Byle do czasów huraganów dało radę dopłynąć w jakieś bezpieczne miejsce…

Właśnie przeczytaliśmy oświadczenie od ministerstwa na Antigua i Barbuda, że wprowadzona zostaje tam nocna godzina policyjna od dzisiejszej północy do 11.04 w godzinach od 20:00 wieczorem do 06:00 rano i jeżeli ktoś nie będzie się stosował do zaleceń, czeka go kara 5 tyś. USD lub 6 miesięcy więzienia lub to i to na raz…

Na Pacyfiku jest podobnie, a nawet gorzej. Galapagos nie przyjmuje nikogo (samolotów, promów, jachtów). Czytamy, że na Wyspach Gambies brakuje żeglarzom paliwa i gazu i póki co nie widać możliwości uzupełnienia zapasów. Na Polinezji Francuskiej wyrzucają turystów z hoteli, odwołali wszelkie rezerwacje na najbliższe 4 miesiące, a żeglarzom każą opuszczać swoje jachty i wracać do domów. Obwiniają turystów za zaistniałą sytuację koronawirusową i strach chodzić po ulicach, jeżeli nie jest się Polinezyjczykiem…

A jak u nas?

A my jesteśmy wciąż na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych… Przedłużono nam pozwolenie na pobyt do połowy kwietnia, więc się stąd nie ruszamy. Tym bardziej, że od wczoraj od godziny 20:00 wprowadzono tu godzinę policyjną, tzw. “curfew” do 02.04 z możliwością przedłużenia. Nie można wychodzić z domów, ew. z psem na spacer. Nie można jeździć, odwiedzać się, w ogóle nie można się przemieszczać, nie tylko w nocy, ale również w ciągu dnia. Sklepy są zamknięte, apteki też, a restauracje i plażowe knajpy już od prawie 2 tygodni. Wszędzie jest pusto i widać, że ludzie stosują się do zaleceń. Żadnych białych żagli na horyzoncie… Ci co tu pływali wiedzą, że zawsze jest mnóstwo jachtów.. wszędzie… a teraz nie ma nikogo…

Załatwiając pozwolenie na przedłużenie pobytu tutaj (kilka godzin stania w kolejce w Departament of Imigration, ale najważniejsze że zakończone sukcesem :-)) – musieliśmy podać wyspę, przy której staniemy na kotwicy na czas “curfew”. Wybraliśmy Jost Van Dyke i śliczną zatoczkę White Bay. Jesteśmy tu dobrze osłonięci, mamy piękny widok, ciszę i spokój, nikogo w okolicy – poza żółwiami, płaszczką i jeszcze drugim jachtem, stojącym daleko po drugiej stronie zatoki. Żeby tylko zdrowie dopisało, bo opieki zdrowotnej to tutaj niemal nie ma…

Wiedzieliśmy o zamknięciu sklepów, więc zdążyliśmy się odpowiednio zaopatrzyć. Jeszcze dosłownie rzutem na taśmę udało nam się dobić butlę gazową do pełna i wziąć paliwo do jachtu i pontonu. Mamy dużo mąki, dużo puszek, makaronów, ryżu ze 20kg, jajka, dżemy, drożdże (w proszku co prawda, ale do pieczenia chleba w zupełności wystarczają), owoce na kilka dni – nie zginiemy. Prąd na jachcie mamy z paneli słonecznych i z generatora, a dzięki sprawnej odsalarce – sami produkujemy słodką wodę.

Jesteśmy samowystarczalni… odizolowani… uważamy na siebie i pilnujemy się. Zgodnie z zaleceniami nie przemieszczamy się, nie schodzimy na ląd. Robimy lekcje ze Stasiem, kąpiemy się w morzu, gotujemy, sprzątamy, pierzemy…

Dajemy radę!

A Pacyfik?? – będzie musiał jeszcze poczekać… Szkoda przyjaciół, którzy mieli do nas dolecieć, zabukowali bilety lotnicze na Kanał Panamski, potem na Galapagos… Rodziny z dziećmi miały przylecieć do nas na Polinezję Francuską w wakacje… miejmy nadzieję uda się jakoś odzyskać bilety… albo przełożyć! Nie tracimy nadziei, że na Pacyfik popłyniemy! Kombinujemy teraz, żeby sezon huraganów na Karaibach przeczekać gdzieś na południu, może na Grenadzie albo na Tobago przy Trynidadzie, gdzie huragany nie docierają, a w listopadzie czy grudniu, jak świat się trochę uspokoi – wrócić do planów pacyficznych raz jeszcze…

Wszystkich serdecznie pozdrawiamy z pokładu s/y Rybka i życzymy wytrwałości w tych ciężkich czasach!

Ahoj i do zobaczenia!

Kategorie: FotoKaraiby

1 Komentarz

Tomasz Szumotalski z rodzina · 30 Mar 2020 o 1221

Kochani myslimy o Was ciepło i zazdroscimy bo my siedzimy w LONDYNie i jest zimno i smutno ale jestesmy zdrowi pozdrawiamy serdecznie

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: